Przejdź


Hacking at Random 2009

18 Sie 2009 @ 22:51:09 groszek 2 komentarze

Dopiero co wróciłem z imprezy hacking at random przywożąc ze sobą sporo zdjęć, emocji i inszych zachwytów. Taka krótka relacja, jak to przez pół europy jechałem żeby przy komputerze posiedzieć. No, niezupełnie.

Dzień pierwszy (nie, nie utrzymam wpisu w tym szablonie): 6 sierpnia, godzina wczesnoporanna, właśnie zostałem odebrany przez znajomego z dworca we Frankfurcie (swoją drogą co za kretyn wymyślił by były dwa Frankfurty?! W dodatku przy zakupie biletów trudno się doszukać tego O JAKI chodzi!) i zmierzamy autostradą w pewne jemu tylko znane, a bardzo malownicze miejsce, gdzie znajduje się hurtownia różnych napojów wyskokowych. 6 skrzynek club-mate było w sam raz na te - z grubsza - dziesięć dni, dla najpierw trzech, później kilkunastu osób. Potem krótka podróż do jego domu, gdzie zapakowaliśmy samochód po brzegi. Duży samochód, dostawczy. Po chwili zjawiła się pewna ładna osóbka, zapakowaliśmy się i wio, ruszamy w stronę Krainy Wiatraków. Choć nie wiem kto wymyślił że niby Holandia jest znana z wiatraków, skoro w Niemczech przy autostradach jest ich znacznie więcej - takich ogromnych, srebrnych.

Do Nunspeet dotarliśmy szybko i bez większych problemów. Problemem okazało się znalezienie paru miejsc - konkretnie to dwóch coffee-shopów oraz restauracji gdzie podają naleśniki, za którymi moi towarzysze bardzo przepadali. A "kawiarnie" są mocno przereklamowane, drogo tam i mały wybór. W dodatku śmierdzi jakby tam kot naszczał.
Jednakże nie narzekałem na lekkie kłopoty, bo dzięki temu miałem więcej czasu na oglądanie i podziwianie otoczenia. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie... drogi. Wyobraźcie sobie bowiem, że droga składa się z jezdni, 5 metrów trawnika, oraz ścieżki rowerowej. Czasami, choć nie zawsze, dodać można chodnik dla pieszych. Co ciekawe tymi ścieżkami rowerowymi poruszają się też skuterzyści oraz starsi ludzie na elektrycznych wózeczkach. Nawet kubły na śmieci są przystosowane do takiego transportu, bo są one prawie poziome i mają grubo ponad metr długości.
Drugie miejsce pod względem wywartego wrażenia sprawili na mnie ludzie. Każden jeden ludź jakiego napotkaliśmy władał przynajmniej angielskim i był zawsze uśmiechnięty i chętny do pomocy. Holandia - kraj narkotyków? Więc pewnie wszędzie leżą pokotem narkomani i się narkotyzują, zaśmiecając ulice? Otóż... te ulice wydawały się czystsze niż wnętrza polskich galerii handlowych, które są tak zapatrzone na zachód. Oj, długa droga przed nami. Nie widziałem ani jednego "lumpa", ani jednego żebraka, kompletny null. Wszyscy nowocześni, uśmiechnięci, spokojni.

Przygód z dotarciem na miejsce imprezy trochę było, bo nie mogliśmy go znaleźć, tak dobrze się ukryli. Choć każdy miejscowy chciał pomóc, to jednak mało kto wiedział gdzie to dokładnie jest, a o HAR nie słyszał nikt. Giepeesa nie mieliśmy :)

Gdy już się stawiliśmy, silni zwarci i zmęczeni, czekało nas standardowe powitanie, czyli oddanie im naszych pięknych biletów, w zamian za co zostaliśmy zaobrączkowani (na nadgarstku, tasiemką z ładnym logo, zaciśniętą metalową obrączką; do tej pory nie wymyśliłem jak to zdjąć by nie zniszczyć :)) otrzymaliśmy przydziałowe dlugopisy i można było się rzucić szukać miejsce noclegowe. Tu był lekki zgrzyt, bo się okazało że tego dnia dostępne jest tylko kilkanaście metrów przestrzeni... ale nie było tak źle, bo i ludzi było kilkanaścioro w ogóle. Następnego dnia już otworzyli pierwsze pole, więc można bylo się przenieść na stałe, a ponieważ byliśmy jedną z pierwszych grup, to i miejsce wręcz wymarzone się znalazło - z samego rana zacienione, w ciągu dnia ładnie nasłonecznione. I rozpakowania czas start.

Opisywać tego nie będę, bo sensu nie ma. Zanim się rozpoczęła impreza było względnie mało osób, stopniowo się zwalali. Na początku nie było internetu, nie było prądu. Media nam podłączyli bodaj 3 dnia pobytu, a stabilny internet - 5. Sam pomagałem ciągnąć te 3km kabla fiber-optic od wielkiej anteny GSM w pobliżu, która "stała" na węźle internetowym biegnącym do Amsterdamu. Na samą imprezę organizatorzy dostali cały zakres IPv4 (każdy miał własne, zewnętrzne ip) i 10 gbit uplink. Internet po terenie był rozprowadzany tradycyjnie - kablami optycznymi, które łączyły toalety Dixie (coś jak toi-toi). Tak właśnie, dobrze mówię, bo w tych właśnie toaletach znajdowały się switche. Jak ktoś chciał podłączenie internetowe to układał w okolicy kabel ethernet/optic i ktoś go niedługo podłączał. Jak ktoś jest zainteresowany - google "datenklo", bardzo fajna rzecz.
Kolejne słowo co do internetu, to jeśli ktoś chciał połączenie wifi, to istniała możliwość posiadania statycznego IP, dzięki protokołowi PEG-DHCP - nadal mam jeden IP :)

Impreza się zaczyna. Wszędzie dookoła błyskają światła wszędzie słychać muzykę różnych gatunków (ja miałem nieszczęście być jedynym z mojej grupy który nie cierpi house/electro/whatever... ale dobrze że to było ciche i nie "umc umc umc"). Widać było pokaz laserów, już sam nie wiem kto go organizował. Można było popatrzeć jak chłopaki z TOOOLa rozbrajają zamki. Można było popatrzeć na różne machiny latające (np. zdalnie sterowany quadro-copter, który wyglądał jakby się miał zaraz rozwalić) i jeżdżące, był jakiś gość na segwayu, były dziwne ludzie na dziwnych - własnoręcznie robionych - samochodzikach elektrycznych. Organizatorzy bujali się wózkami golfowymi. My mieliśmy przenośny zestaw baterii słonecznych (wbrew temu co myślałem - to jest całkiem efektywne!). Była HARpedia, gdzie można było kupić różne bardzo fajne koszulki w cenie 20 ojro. Był namiot OpenBSD gdzie za 5-30 euro można było kupić kurtkę z tymże logo. Mam fajną, zieloną :). A po zakończeniu imprezy rozdawali sofy i inne kanapy, kto miał transport mógł sobie zabrać na pamiątkę. Bo namiot OpenBSD był ogromny, wypełniony po brzegi dywanami i sofami, gdzie każdy mógł usiąść i w ciszy kontemplować kompilacje.

W końcu były też różne wykłady - otwierający wykład o Wikileaks, wykład o Anonymous (bardzo mnie zawiódł, bo to wyglądało jakby gość stał i czytał z wikipedii, pokazując wideo z youtuba), wykład twórcy projektu TOR, wykłady o sieci GSM (swoją drogą - na HAR istniała prywatna sieć GSM, połączona ze stacją bazową DECT. Eventphone dobra rzecz!).
Osobiście poznałem nie tylko osoby stojące za Wikileaks (choć znałem wcześniej - przez internet - ale to nie to samo), ale też inne ciekawe osoby, choćby wspomniany już twórca TORa, albo była agentka MI6, czy też Francizka, która stworzyła w Niemczech petycję (nadal ignorowaną, mimo ogromnego wsparcia ze strony ludzi) przeciwko cenzurze; ludzi z Pirate Party... i wiele wiele innych ciekawych osób.

Czy coś mnie zawiodło? Czy żałuję godzin spędzonych w autobusie a później samochodzie miłych znajomych z polskiego CONFidence, którzy mnie dowieźli niemal pod sam dom? Absolutnie nie. Impreza była wręcz genialna, w życiu nie miałem tak udanych wakacji. Teraz się szykuję na CCC w grudniu - tym razem przemogę lenia i pojadę. Mimo że to nie będzie środek lata i outdoor, to jednak zapowiada się ciekawie - wynajmujemy sobie mieszkanie na czas pobytu, będzie się działo ]:>

Kto nie był - niech żałuje!

Aha, były też darmowe tosty, gdzie w cenę tosta wliczona była losowa domena .tk ;)

Fotki może później dodam, jak nie zapomnę, na razie zainteresowani mogą poszukać fotek na stronie HAR. Cos tam na pewno jest. Oczywiście... nie wymieniłem nawet dziesiątej części wszystkich atrakcji. To trzeba było zobaczyć na własne oczy.


Komentarze:

18 Sie 2009 @ 23:07:07 harc

nie ma bata, na to CCC już wbije. dzięki za relacje

18 Sie 2009 @ 23:31:31 kip

świetna relacja aż chce się jechać tymbardziej, że jak widzę Holandia to chcę tam jechać ;)

Pierdol licencje, kopiuj na zdrowie!